Bartek Krakowiak w Wapienicy
Bartek Krakowiak w Wapienicy
Urszula Rogólska /Foto Gość

Nigdy w życiu cię nie zostawię

Brak komentarzy: 0

Urszula Rogólska

GOSC.PL

publikacja 25.02.2018 01:40

Niespełna 23-letni Bartek Krakowiak, który w ubiegłym roku przeszedł pieszo z Warszawy do Medjugorje, był gościem Wieczoru Uwielbienia w Wapienicy.

Na zaproszenie młodzieży oazowej z ks. Adrianem Mętelem i wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym z parafii św. Franciszka z Asyżu w Wapienicy, gościem przygotowanego przez nich Wieczoru Uwielbienia, był niespełna 23-letni Bartek Krakowiak, który w ubiegłym roku przeszedł pieszo z Warszawy do Medjugorje. 1300 km pokonał w 57 dni. W Wapienicy mówił o drodze swojego nawrócenia i o pielgrzymowaniu, w którym za sprawą facebookowego fan page’a "Z buta do Maryi" towarzyszyły mu tysiące osób.

Słyszałem, że jestem zerem

- U mnie w rodzinie od pokoleń leje się wódka - zaczął Bartek. - Mój pradziadek ganiał babkę z siekierą po podwórku, mojego dziadka ganiała policja w całym kraju, bo uciekł z więzienia, mój ojciec całe dnie spędzał z browarem przed telewizorem. Urodziłem się w takiej rodzinie, mając takie wzorce, czyli w ogóle nie mając wzorca męskości. Od najmłodszych lat słyszałem od ojca, że do niczego się nie nadaję, że niczego w życiu nie osiągnę, że jestem zerem. Bił mnie, poniżał. Moja mama wytrzymała z ojcem 12 lat. Kiedy miałem 12 lat, przeprowadziliśmy się do mojej babci, pod Warszawę.

Bartek opowiadał, że i tam nie mógł się odnaleźć. Wyszedł na ulicę. W wieku 13 lat zaczął ćpać, pić, kraść. - Nachlałem się do takiego stopnia, że spadłem z dachu, rozwalając sobie głowę. Lekarze powiedzieli mojej mamie, że mam dziesięć minut życia. Dla mojej mamy to był straszny okres. Moje zachowanie niszczyło nie tylko mnie, ale i ludzi wokół - mówił 23-latek.

Przestał chodzić do szkoły - do dziś nie skończył gimnazjum. Dostał kuratora, ale i on się nie sprawdził. Chłopak trafił do poprawczaka. - To jest miejsce, gdzie już na wstępie musisz się bić o wszystko - opowiadał w Wapienicy. - Po pół roku postanowiłem, że ucieknę. Udało mi się. Przez trzy miesiące ukrywałem się przed policją na melinach, opuszczonych działkach, piwnicach, spałem na zaszczanych materacach. Gdy mnie złapali, trafiłem z powrotem do tego samego ośrodka.

Bartek został zamknięty w izolatce.

Postanowiłem, że się zmienię

Drugi raz uciekł przed świętami Bożego Narodzenia - ukradł klucze wychowawcy i wyszedł w skarpetkach i krótkich spodenkach. Kiedy został złapany, trafił do ośrodka socjoterapii. - Tam przeszedłem terapię uzależnień. Zacząłem poznawać tak naprawdę siebie. Poznałem uczucia, jakie mi towarzyszą. Bo ja nigdy nic nie wiedziałem o sobie. Były we mnie tylko złość i agresja. Rozładowywałem je na innych ludziach, codziennie się z kimś biłem. I dopiero tam wytłumaczono mi, skąd się to bierze. Okazało się, że chodzi o mój dom. Spędziłem w ośrodku szesnaście miesięcy i mając niecałe 18 lat, wyszedłem. Postanowiłem, że przestanę żyć na ulicy, że się zmienię, że przestanę kraść, ćpać, pić. Wytrzymałem dwa tygodnie - opowiadał Bartek. - W moim domu znowu było to samo, co wcześniej. Wróciłem na ulicę, ale już jako dorosły człowiek. I to, co się działo, było jeszcze gorsze... Każdy mówił mi, że skończę w kryminale. Albo, że umrę, że ktoś mnie zabije. Po jakimś czasie poznałem dziewczynę i dla tej dziewczyny chciałem się zmienić.

Ks Adrian Mętel z młodzieżą i Odnową w Duchu Świętym zaprosili Bartka Krakowiaka do Wapienicy

Ks Adrian Mętel z młodzieżą i Odnową w Duchu Świętym zaprosili Bartka Krakowiaka do Wapienicy
Urszula Rogólska /Foto Gość

Jak mówił Bartek: - Nigdy nie potrafiłem kochać. Takie słowa: "Kocham cię", nic nie znaczą, jeżeli nikt cię nie nauczył prawdziwej miłości. Myślałem, że ją kocham, ona chyba też. Po jakimś czasie okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. W wieku 18 lat dowiedziałem się, że będę ojcem, i prawie zemdlałem. Zupełnie nie byłem na to gotowy. Mnie nikt nigdy nie nauczył być prawdziwym mężczyzną. Oprócz chłopaków z ulicy, którzy mówili, że prawdziwy mężczyzna to taki, który wozi ze sobą pałę w bagażniku, śpi z byle dziewczyną, bije każdego po kolei. I ja miałbym to przekazać swojemu dziecku? Pierwsza myśl, to żeby dokonać aborcji, żeby zabić własne dziecko. Dzięki Bogu wtedy moje relacje z mamą się poprawiły i mama zabroniła mi tego. Dzięki niej nie zrobiłem najgorszej rzeczy, jaką mógłbym zrobić.

Pierwszy raz poczułem miłość

W czwartym miesiącu ciąży okazało się, że synek, Igor, jest chory - ma wadę serca. Tuż po narodzinach czekała go operacja. - Gdy się o tym dowiedziałem, pierwszy raz tak naprawdę szczerze zacząłem płakać - mówił Bartek. - Powiedziałem sobie, że będę walczył o to dziecko. Pierwszy raz poczułem miłość. Rzuciłem szkolę, postanowiłem szukać pracy, żeby zarabiać na dziecko, na operację.

W szóstym miesiącu dziewczyna poroniła. - W szpitalu zawołała: "Biegnij po pielęgniarkę!". Kiedy wróciliśmy, mój syn leżał na podłodze w kawałkach. Pielęgniarka wzięła go na szufelkę, przykryła prześcieradłem i wyszła… To był najgorszy widok, jaki w życiu widziałem - opowiadał wapienicki gość. - Nie umiałem się po tym podnieść. Widziałem w życiu mnóstwo cierpienia, sam to cierpienie zadawałem, sam go doznawałem, ale to, co wtedy zobaczyłem, było ponad moje możliwości.

Wapieniccy oazowicze słuchali świadectwa Bartka Krakowiaka

Wapieniccy oazowicze słuchali świadectwa Bartka Krakowiaka
Urszula Rogólska /Foto Gość

Podczas pogrzebu synka po raz pierwszy w życiu odezwał się do Boga, w którego dotąd nie wierzył. - Moja prababcia - ona na bank jest w niebie, bo to super kobieta - popełniła jeden błąd. Mówiła mi często: "Bój się Boga". I ja patrzyłem na Boga przez ten pryzmat: że ja mam się Go bać. I całe życie się Go bałem. Skoro więc mam się Go bać, skoro Bóg jest zły, to po co mam z Nim trzymać? I wtedy na cmentarzu, gdy niosłem w trumnie moje dziecko, odezwałem się do Niego. Krzyczałem, że Go nienawidzę, że jest śmieciem. Używałem takich słów, że teraz jest mi wstyd o tym mówić. A tak naprawdę, to była chyba moja najszczersza modlitwa.

To niemożliwe, że Bóg jest dobry

Po jakimś czasie znajoma zaprosiła Bartka na czterodniowe rekolekcje. Po raz pierwszy usłyszał samo słowo: rekolekcje. Pojechał z nudów. - Zobaczyłem tam ludzi, którzy unoszą ręce, którzy się modlą w językach, którzy mówią o tym, że Bóg żyje, że Jezus żyje, że mnie kocha, że jest obok mnie - opowiadał w Wapienicy. - Pierwsza myśl - że to są debile, że to jakaś sekta, że się stamtąd zwijam. Zostałem tylko po to, żeby się z tych ludzi śmiać, żeby potem wrócić na ulicę i mieć o czym opowiadać chłopakom, jakich debili widziałem. Po pierwszym dniu ja sam się zacząłem czuć jak debil, że z nimi tego nie robię, że nie wychwalam Boga. I zacząłem to robić: śpiewać, mówić o tym, że Bóg żyje, mimo że w to w ogóle nie wierzyłem. Robiłem to tylko tak, żeby się czymś zająć. Kiedy zobaczyłem na telebimie napis, że "Jezus żyje", to przestałem te ręce unosić i śpiewać. Bo ja w to nie wierzyłem. Nie wierzyłem w to, że On jest dobry, bo mnie spotkało tyle cierpienia w życiu, że to niemożliwe, że Bóg jest dobry. Dzisiaj wiem, po co to było - po to, żebym mógł mówić ludziom, że z każdego syfu można wyjść, że Bóg jest przy nas. Ale wtedy tego nie rozumiałem.

Na rekolekcjach do Bartka podszedł ksiądz. - Ja znałem księży tylko z tego, co mówią w mediach: pedofile, złodzieje, mafia, że jeżdżą maybachami. Kiedy do mnie podchodził, chciałem go pobić za to wszystko. A on zaczął ze mną rozmawiać. I okazało się, że to normalny typ, że tak jak ja, wychował się na ulicy i po swoim nawróceniu postanowił, że zostanie księdzem i będzie pomagał takim ludziom, jak ja. Wiem, że Bóg go wtedy przede mną postawił. Ten ksiądz namówił mnie na spowiedź z całego życia. Zrobiłem rachunek sumienia, w którym wymieniłem ponad trzysta grzechów.

Pierwsza strona Poprzednia strona strona 1 z 3 Następna strona Ostatnia strona

Radio eM

redakcja@radioem.pl
tel. 32/ 608-80-40
sekretariat@radioem.pl
tel. 32/ 251 18 07

WERSJA DESKTOP
Copyright © Instytut Gość Media. Wszelkie prawa zastrzeżone.