publikacja 03.04.2018 19:23
- Jan nie wypełnił w stu procentach tej roli, jaką świeckim w Kościele ukazał Sobór Watykański II. On ją spełnił w dwustu procentach - mówił dziś na pogrzebie Jana Zowady ks. proboszcz Krzysztof Pacyga.
Koniakowski kościół św. Bartłomieja był dziś wypełniony tak szczelnie, jak podczas ostatnich dni Wielkiego Tygodnia - tak wielu parafian, gości i księży chciało pożegnać zmarłego w Wielką Środę, 28 marca br., 79-letniego Jana Zowadę - ojca, dziadka, legendarnego przewodnika kalwaryjskiego, oddanego szafarza Komunii Świętej (z pierwszej grupy bielsko-żywieckich szafarzy mianowanych w 1997 r.), laureata odznaczenia papieskiego Pro Ecclesia et Ponifice, człowieka rozmodlonego, który prowadził modlitwy przy rzeszach zmarłych koniakowian.
Mszy św. pogrzebowej przewodniczył duszpasterz szafarzy ks. prałat Krzysztof Ryszka, proboszcz parafii NSPJ w Bielsku-Białej, reprezentujący biskupa Romana Pindla, a kazanie wygłosił koniakowski rodak ks. Krzysztof Rębisz.
Koniakowscy ministranci przy trumnie śp. Jana Zowady
Urszula Rogólska /Foto Gość
Nawiązując do słów Ewangelii, o uczniach idących do Emaus, którzy nie poznali idącego z nimi Jezusa, ks. Rębisz mówił o tym, jak często w codzienności nie dostrzegamy znaków, które nam Bóg daje: - On do nas mówił wiele razy przez żegnanego dziś pana Jana. Szczególną Jego obecnością dla nas był właśnie pan Janek, nasz "Spiwok". Jego osoba to historia wiary, rodziny, pielgrzymich szlaków usłanych sanktuariami i kapliczkami, daru nadzwyczajnego szafarza Eucharystii i cierpliwego - prawie niewidocznego - niesienia krzyża choroby.
Jan Zowada urodził się w 1938 roku w rodzinie Jana i Marii. Kiedy ukończył 18 lat, zaczął pracować w kopalni "Jankowice", a po 1963 roku rozpoczął pracę w budownictwie.
Najbliżsi, przyjaciele i znajomi śp. Jana Zowady szczelnie wypełnili koniakowski kościół
Urszula Rogólska /Foto Gość
Dziatki moje! Idę od was - serca wasze zranione/ Bądźcie dziecinną miłością - Z ojcem waszym złączone; /Czyńcie dobrze tu na świecie, - wystrzegajcie się złego, /A Bóg będzie Ojcem waszym. Nie opuści żadnego.
Od lewej: ks. Krzysztof Rębisz, ks. prałat Krzysztof Ryszka i ks. Krzysztof Pacyga
Urszula Rogólska /Foto Gość
Potrafił łączyć aktywne życie z gorącą modlitwą. Jak zaświadczył ks. Rębisz, modlitwa była dla śp. Jana siłą i oddechem: - To ze swoją ukochaną małżonką w pokoju razem dla Maryi śpiewali, wspólny różaniec i Godzinki razem rozważali. To wspólne miejsce było jak sanktuarium domowe, w którym nabierali sił duchowych, aby podołać wszystkim obowiązkom. Wiem, że modlili się na głos i śpiewali razem. Wielu z nas pomyśli zapewne: kto teraz rozpocznie Różaniec w pierwszą niedzielę, kto przejdzie z koszykiem po ofierze, kto tak wzruszająco rozpocznie: "Jak paciorki różańca przenikają się chwile, nasze smutki, radości i troski…".
Duszpasterze i szafarze przy ołtarzu podczas Mszy św. pogrzebowej
Urszula Rogólska /Foto Gość
Każda pielgrzymka autokarowa rozpoczynała się ufną modlitwą człowieka, rozmawiającego z Ojcem. - Cieszył się z obecności na pielgrzymce każdego kapłana, którego cenił i szanował najlepiej jak umiał. I to jego pokornie prosił, aby pobłogosławił to pielgrzymie wędrowanie. Nie brakowało w tym duchowym kierownictwie naszego Jana i dobrego humoru, którym rozweselił każdego. Jego pokorna służba, zachęcała do wyjazdów coraz większe grono pielgrzymów, tak, że nieraz zakłopotany odpowiadał, że już miejsc nie ma… Każdy kto z nim pielgrzymował doświadczał niezwykłej życzliwości. On się chyba nigdy nie złościł, a każdego przyjmował jak swoją rodzinę - podkreślił ks Rębisz.
redakcja@radioem.pl
tel. 32/ 608-80-40
sekretariat@radioem.pl
tel. 32/ 251 18 07