Aga, ja wierzę

dodane 01.10.2015 00:00

ks. Piotr Kontny

Gość Katowicki 40/2015 |

Świadectwo. Spotkali się w palarni dla aktorów po jednej z prób w Teatrze Śląskim. Agnieszka weszła, przedstawiła się, a Darek powiedział: – Ty będziesz moją żoną.

Aga, ja wierzę   Roman Koszowski /Foto Gość Dariusz Chojnacki, aktor Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach

Ten jeden moment zmienił wszystko w jego życiu.

Jako pięcioletni chłopiec nieustannie odczuwał, że „opiekuje się” nim szatan. Dwa razy w życiu czuł jego realną obecność. Widział czarną postać obok siebie…

– Chciałem krzyczeć – opowiada aktor Dariusz Chojnacki. – Matka kładła mnie spać zdrowego, a budziłem się z 40 stopniami gorączki. To dziwne, ale jednocześnie czułem, że diabeł mnie trzyma przy życiu. Wszystko mi się udawało. Zawsze spadałem na cztery łapy. Dostałem się do szkoły aktorskiej za pierwszym razem. Na roku zapraszali mnie na modlitwę, ale cały czas bałem się, że Zły mnie opuści. Nie chciałem stracić tego, co miałem.

Zabieram Cię, dosyć

Jako dziecko mieszkał z rodzicami w Zabrzu-Kończycach, naprzeciw kościoła. Z okna widział ołtarz. Rodzice wysyłali go na Mszę, ale sami nie szli.

– To do tej pory we mnie jest. Chcę codziennie być w kościele, a jak przychodzi niedziela, nie chce mi się iść.

Kiedy dorastał, kościół przestał się dla niego liczyć, stał się zupełnie niepotrzebny. – Zacząłem słuchać deathmetalowej muzyki. Żyłem od imprezy do imprezy. Wpadłem w alkoholizm. Szukałem tekstów obrażających Jezusa i Kościół, karmiłem umysł tym, co jest złe. Chciałem, żeby szatan dalej się mną „opiekował”. Mechanizm Złego jest prosty: ma cię doprowadzić do samobójstwa, do punktu bez wyjścia. Jeśli w to uwierzysz, może się skończyć tragedią. A Bóg nigdy Cię nie zostawia.

Po skończeniu studiów jego życiem stał się teatr. Gra aktorska to było coś, co zawsze chciał robić. To była jego pasja, która w końcu doprowadziła go do spotkania z Agnieszką. Po zaręczynach nadal dużo imprezował, pił, ale Agnieszka była cierpliwa.

– Bałem się, że ją stracę – wyznaje. – Kiedy zaciągnęła mnie na nauki przedślubne, wyśmiewałem je, a ona wierzyła, że się zmienię. Aż przyszedł dzień skupienia dla narzeczonych w Dąbrówce Małej. Podchodziłem do tego z dużym dystansem. I nagle coś się stało. Nie wiem, jak to opisać. Bóg do mnie przyszedł. „Zabieram cię, dosyć”, powiedział. Miałem wrażenie, jakby ktoś dotknął mojej głowy. Myślałem, że mnie rozsadzi. To było nieprawdopodobne. Wyszedłem z kościoła jako wierzący. Powiedziałem: „Aga, ja wierzę!”.

To nie średniowiecze

I odtąd żyli długo i szczęśliwie… Tak chciałoby się napisać, ale po kilku miesiącach pojawiły się próby zanegowania tego doświadczenia duchowego, jeszcze silniejszy nawrót pokus. Największe wątpliwości przyszły w Wielki Piątek. Cztery miesiące przed ślubem Darek wyspowiadał się. Konkretnym owocem sakramentu była decyzja o zaprzestaniu wspólnego mieszkania przed ślubem i powrocie do rodzinnych domów.

– Rodzice, kiedy mnie zobaczyli ze wszystkimi rzeczami, pomyśleli, że pokłóciliśmy się z Agą – śmieje się. – Kiedy im wytłumaczyłem, że teraz chcę żyć w czystości przed ślubem, przyzwyczajeni do moich wybryków, myśleli, że po raz kolejny mi odbiło. Ale tym razem to było na serio. Po raz pierwszy w moim życiu wytrwałem w postanowieniu.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| GOŚĆ KATOWICKI

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Przeczytaj komentarze | 6 | Dodaj swój komentarz »


Ostatnie komentarze:

Plusów: 3 BuryPies 03.11.2015 08:37
Wg Ciebie osoba wierząca nie czyni dobrze?
Mylisz ludzi wierzących z ludźmi, którzy wierzą fałszywie.
Prawdziwa wiara popycha ludzi do czynienia dobra. Wiara fałszywa popycha ludzi do pokazywania się ludziom w kościele.
Wszystko rozbija się o to czy przeszkadza Ci wiara czy bezczynność ludzi?
Znam ludzi niewierzących, którzy nie czynią dobra bo są zapatrzeni w siebie. Znam ludzi, którzy czynią dobro bo głęboko wierzą w Boga i jego naukę. Znam też ludzi po środku.
Ja widzę to tak:
Bez wiary dobre uczynki nie mają sensu. Logicznie rzecz ujmując człowiek powinien skupić się na działalności maksymalizującej jego zysk materialny i zwiększającej jego szanse na przetrwanie lub zapewnienie potomstwu przeżycia. Same dobre uczynki mogą sycić naszą potrzebę afirmacji czy akceptacji, ale na dłuższą metę skupiając się jedynie na sobie i sowich potrzebach nie będziemy w stanie stale czynić dobra bo stwierdzimy, że nam się to nie opłaca, że za dużo nas to kosztuje.
Wiara bez dobrych uczynków też jest bez sensu. Po co wierzyć, uczyć się mądrości biblijnych skoro nie przenosi się tego na życie codzienne. Wiara bez dobrych uczynków jest niczym mur bez zaprawy. Wystarczy mocniejszy podmuch wiatru i runie.
Czynienie dobra nie wynika z naszego rozumu. Wynika z naszej wewnętrznej potrzeby. Jednak bez szerszego kontekstu z czasem traci ono sens.
Człowiek musi mieć w swoim życiu jakiś odnośnik, jakiś azymut. Bez tego zaczyna błądzić po omacku, a nawet najszachetniejsza inicjatywa może przerodzic się totalną klapę jeżeli zapomni się o tym co w życiu najważniejsze...o miłości.

Czynienie dobra wynika właśnie z miłości do innych. Całkowite oddanie Bogu zawsze owocuje oddaniem się czynieniu dobra. Jedno wynika z drugiego.
Dlatego nie rozumiem dlaczego przeszkadzają Ci ludzie wierzący? Jeżeli wierzą szczerze to na pewno czynią dobro. Jeżeli nie, to po prostu muszą odnaleźć Boga w sowim życiu.
Plusów: 4 c-a 02.11.2015 23:27
Niezalogowany użytkownik Martana@ - a skąd wiesz , że nie uczynił nic dobrego ? Skąd przekonanie , że ,, dobrzy " to ci co szerokim łukiem omijają miejsca kultu ?
Myślę , że wynika to z błędnego przekonania i braku doświadczenia realnego Boga . Człowiek , który doświadczył Boga chociażby wielkością ziarenka gorczycy , znaczy ,że doświadczył Miłości i nie podobna , aby jej nie ofiarował innym . To tak jakby lód nie ziębił , a słonce nie grzało . Może przykre doświadczenia stworzyły taki , a nie inny obraz osób wierzących , ale zapewniam jest on nie prawdziwy .
Plusów: 3 metek 02.11.2015 22:07
Niezalogowany użytkownik Martano, to że istnieją dewotki i dewoci, wiadomo nie od dziś. Jednak, jak Ty to nazywasz, "miejsce kultu" nie jest czymś, do czego chodzi się by się pokazać. To szpital dla dusz, które zbłądziły, miejsce o szczególnym nasileniu obecności Pana Boga. Ufam, że mnie zrozumiesz ;-)
Plusów: 2 Martana 02.11.2015 20:28
Niezalogowany użytkownik Ciekawe, a kiedy ten święty, leżący krzyżem w kościele, popełnił dobry uczynek? Kiedy coś poświęcił, pochylił się nad potrzebującą istotą (nie tylko człowiekiem, ale cierpiącym życiem w ogóle), kiedy postąpił po prostu dobrze, lub wspaniale? Bo od fanatycznego bredzenia świętych wersetów jeszcze nikt się nie stał dobrym człowiekiem. Dlatego wolę dobrych ludzi, którzy omijają miejsca kultu szerokim łukiem, od płaszczących się pod ołtarzami fanatyków.

wszystkie komentarze >