publikacja 17.12.2014 09:30
Mieszkańcy i urzędnicy Makowa od wczoraj nie mogą dojść do siebie po tragedii, jaka rozegrała się w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej.
- Po nim można się było wszystkiego spodziewać. To był facet z żółtymi papierami. Dla nikogo nie było tajemnicą, że leczył się psychiatrycznie. Wiedząc o tym, staraliśmy się omijać go wielkim łukiem - mówią sąsiedzi o 62-letnim Leszku G.
Mężczyzna w poniedziałek po południu podpalił budynek Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Makowie (woj. łódzkie). W wyniku pożaru zginęła 40-letnia urzędniczka, cztery inne osoby trafiły do szpitali. Stan jednej z nich określany jest, jako krytyczny.
Policjanci zatrzymali podejrzanego w jego domu kilkanaście minut później. Nie stawiał oporu, był spokojny, słuchał poleceń.
62-latek trafił do policyjnego aresztu, gdzie pozostanie do dyspozycji prokuratora.
W GOPS w Makowie od rana pracowali policjanci i prokuratorzy Agnieszka Napiórkowska /Foto Gość
We wtorek na miejscu prace prowadziła także prokuratura. Prokuratorzy sprawdzą m.in., czy podpalacz nie zablokował drzwi, uniemożliwiając urzędniczkom opuszczenie płonącego gmachu.
Jak mówi Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury jest to prawdopodobne. Strażacy musieli bowiem wyważać drzwi do jednego z pomieszczeń łomem. - To może oznaczać, że sprawca mógł świadomie zablokować drogę wyjścia poszkodowanym osobom - dodaje prok. Kopania.
Mieszkaniec Słomkowa już wcześniej groził pracownikom pomocy społecznej w Makowie.
Co było bezpośrednią przyczyną agresji 62-letniego mieszkańca Słomkowa? Tego do końca jeszcze nie wiadomo. Zdaniem Jerzego Stankiewicza, wójta gminy Maków, przypuszcza, że powodem mogła być odmowa umieszczenia Leszek G. w Domu Pomocy Społecznej.
- Sprawca korzystał z doraźnej pomocy ośrodka, a w ostatnim czasie starał się o miejsce w Domu Pomocy Społecznej. Takie miejsce mu się nie należało, bo miał rentę i swój dom. Możliwe, że właśnie to było motywem agresji - opowiada wójt, który z trudem opanowuje wzruszenie.
Znał sprawcę osobiście, kilka razy z nim rozmawiał. - To był dziwny człowiek. Jestem jednak urzędnikiem, nie lekarzem, więc nie potrafię ocenić jego psychiki. Kiedy do mnie przychodził, był grzeczny. Czemu tak się zachował w poniedziałek nie potrafię powiedzieć - mówi wójt.
Jerzy Stankiewicz, wójt gminy Maków, urzędniczki GOPS nazywał siostrami miłosierdzia Agnieszka Napiórkowska /Foto Gość
Akurat podjechali strażacy. Z budynku GOPS wydobywał się czarny dym. - Udało mi się tam tylko wbiec i wyłączyć prąd. Bez aparatu tlenowego nie można tam było zostać - relacjonuje wójt.
Widział, jak wyniesiono jedną z pracownic. Nie oddychała. Reanimacja nie przyniosła efektów. - Nie mogę zrozumieć, jak ten bandzior mógł im taką krzywdę wyrządzić. To były bardzo dobre kobiety. Każdemu chciały pomóc, nieba przychylić nieba. Nazywałem je siostrami miłosierdzia - opowiada ze łzami w oczach Jerzy Stankiewicz.
Obie urzędniczki - zarówno zmarła, jak i najmocniej poszkodowana - mają po dwoje dzieci. Rodzinom poszkodowanych natychmiast udzielono wsparcia psychologicznego.
- Dziś o 7.30 byliśmy na Mszy w kościele. Modliliśmy się za zmarłą i za koleżankę, która walczy o życie. Cóż poza modlitwą nam pozostało? - pyta retorycznie wójt.
Ale ma już pomysł na przyszłość. - Gdy uruchomimy GOPS, urzędnicy będą oddzieleni od interesantów. Z tej tragedii trzeba wyciągnąć wnioski - mówi J. Stankiewicz.
Po tragedii miejsca nie mogą sobie znaleźć świadkowie zdarzenia Agnieszka Napiórkowska /Foto Gość
Pani Krystyna, której dom znajduje się naprzeciw GOPS wieszała firanki, kiedy usłyszała wybuch, a po chwili krzyk kobiet, które uciekły na dach sąsiedniego budynku.
Natychmiast chwyciła drabinę i pospieszyła z pomocą. Poszkodowane krzyczały, że w środku są jeszcze ich koleżanki. Pani Krystyna zadzwoniła po męża.
- Kiedy przyjechałem, kobiety były jeszcze na dachu. Strażacy weszli w maskach i zaczęła się akcja ratunkowa. Przyjechało pogotowie, helikopter - kontynuuje pan Stanisław, mąż pani Krystyny. - Gdybym tu był, pewnie rzuciłbym się na ratunek. Ale z tego, co wiem, nic już nie można było zrobić. Ta tragedia jest dla nas tym większa, że dobrze znaliśmy kobietę, która zginęła. Słowa nie oddadzą tego, co czujemy.
- Od kiedy wiem o śmierci tej niezwykłej dziewczyny, nie wypuszczam z ręki różańca. Modlę się za jej męża i dzieci. Ona nie zasłużyła na taką śmierć. Jestem pewna, że jest już w niebie. Głęboko współczuję rodzinie. Jakież oni będą mieli trudne Boże Narodzenie - martwi się pani Maria.
redakcja@radioem.pl
tel. 32/ 608-80-40
sekretariat@radioem.pl
tel. 32/ 251 18 07