Szmalcownicy?

dodane 13.02.2018 09:30

Krzysztof Łęcki

Powiedziano i napisano już na ten temat wszystko. Na jaki temat? Do tego dojdziemy, cierpliwości. Tak – powiedziano na ten temat wszystko, podkreślam: nie - prawie wszystko, ale po prostu wszystko.

Szmalcownicy?   Roman Koszowskii /Foto Gość Krzysztof Łęcki

Mówiono rzeczy najróżniejsze. Mądrze dywagowano i gadano głupio. Przypominano fakty oczywiste dla wszystkich i mijano się z prawdą do granic absurdu. I co? I nic. Wszyscy wiedzą wszystko. To znaczy - dalej wszyscy wiedzą swoje. Można chyba przyjąć, że w sprawie, o której będzie tu mowa nie pojawią się żadne nowe argumenty, a stare nie przekonają tych, którzy myślenie, tę elitarną przyjemność, skutecznie zastąpili dumną niezmiennością własnych przekonań. Mimo to - prawem felietonisty - wtrącę tu swoje trzy grosze. Nie będę się tu przy tym wikłał w ogólne rozważania o zbrodni i karze, o odpowiedzialności indywidualnej przeciwstawionej odpowiedzialności zbiorowej. Zacznę od pewnej rozmowy telewizyjnej sprzed lat – rozmowy ze znaną, świetną reportażystką Hanną Krall. W jej trakcie Hanna Krall powiedziała rzecz oczywistą – że mianowicie nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć, jakby się zachował, gdyby w czasie wojny zobaczył żydowskie dziecko, że nikt z nas, żyjących szczęśliwie w czasie pokoju, po prostu nie wie, czy zaryzykowałby życiem swoim, a pewnie i swoich najbliższych i zabrał to dziecko do swojego domu czy też może odwróciłby głowę i możliwie szybko się oddalił. O ile sobie dobrze przypominam, pełna szczerych chęci i dobrego serca dziennikarka starała się przekonywać reportażystkę, że za siebie ręczy, że ona na pewno by dziecku pomogła, ale Hanna Krall upierała się twardo przy swoim, że mianowicie nikt, kto nie przeżył takiej życiowej próby, nic powiedzieć na pewno nie może. Innymi słowy, że trzeba przyjąć do wiadomości stwierdzenie ze znanego wiersza Wisławy Szymborskiej – „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Czyż nie tak właśnie? No cóż, może mniej uważnych czytelników wiersza zmyliła użyta w nim liczba mnoga. Sens jest jednak jasny – a mówi (mnie i tobie) „tyle o sobie wiem, ile mnie sprawdzono”. W liczbie pojedynczej, nie mnogiej. Sprawdzasz się, bądź nie sprawdzasz Ty, sprawdzam się, bądź nie sprawdzam - ja. I to właśnie jest kwestia etyczna. Zaś to czy – metaforycznie rzecz ujmując - sprawdza się, bądź nie sprawdza naród, to kwestia nie etyki lecz rozumienia historii narodu. Tylko w takim przypadku znana formuła Karola Marksa mówiąca o tym, że „narodowi i kobiecie nie wybacza się tej jednej chwili nieuwagi, kiedy może nimi zawładnąć byle gwałtownik” ma jakikolwiek sens. Wracając do formuły „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Otóż jest rzeczą bezdyskusyjną, że ludzie, pojedynczy osobnicy i osobniczki stoją przed różnymi próbami, wyzwaniami – że, innymi słowy – świat życie, może sprawdzać różnych ludzi na różne sposoby. Czy są próby łatwiejsze i trudniejsze? Ktoś powie, że niełatwo na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. To, co dla jednego łatwiejsze, dla innego może być nie do przebrnięcia. I odwrotnie, to co dla pierwszego trudne, może nie sprawiać trudności drugiemu. A jednak, jak się zdaje, mimo wszystko dość łatwo wskazać przypadki, w których sytuacje obiektywne w dużym stopniu niwelują indywidualne różnice w zdolnościach, cechach charakteru indywidualnych osobników. Sytuacje ekstremalne, które, zdaje się, jak walec zrównują los wszystkich ludzi. Taką właśnie wyjątkowo trudną próbą była dla wielu przyzwoitych na co dzień Polek i Polaków okupacja hitlerowska. W Generalnej Guberni za pomoc Żydom groziła kara śmierci. Zwykła przyzwoitość – taka jak w emocjonalnym odruchu ratowanie życia żydowskiemu dziecku równała się w takich warunkach bohaterstwu. Nie naród polski, ale Ci ludzie, którzy takim bohaterstwem się wykazali zasługują na podziw i szacunek. Tysiące z nich za swoją postawę zapłaciło życiem. Las drzewek sprawiedliwych w Yad Vashem, na których pojawiają się polskie nazwiska jest dowodem, jak wielu Polaków i Polek takiej próbie sprostało. Że byli inni, tacy, w których strach zwyciężył i swoim żydowskim współobywatelom nie pomagali, że byli jeszcze inni, tzw. szmalcownicy, którzy szantażowali Żydów wydaniem w ręce władz niemieckich wymuszając w ten sposób pieniężny okup, i jeszcze ci, którzy Żydów dla zarobku mordowali, wydawali na prawie pewna śmierć… Tak, niestety, byli i tacy, jak w każdej nacji, także wśród Polaków zdarzają się ludzie żyjący poza normą moralną, to wszak ludzie społecznego marginesu, niezależnie od wielkości skali ich poczynań czy zajmowanej pozycji społecznej. Co do politycznej organizacji społeczeństwa polskiego to Polskie Państwo Podziemne karało szmalcowników – w tym skromnym zakresie, w jakim ta forma polskiej państwowości mogła egzekwować stanowione przez siebie prawo. Podsumujmy. Polacy nie są narodem bohaterów. Jesteśmy narodem, w którym zdarzają się bohaterowie. Nie jesteśmy narodem „szmalcowników”, jesteśmy narodem, w którym zdarzają się „szmalcownicy”. No i pozostaje reszta, ludzie, Polki i Polacy, którzy w czasie niemieckiej okupacji ani nikogo nie wydawali za pieniądze, ani nikomu z zagrożonych nie pomogli. To nie polski naród ma drzewko w Yad Vashem i nie polski naród jest winien Zagładzie Żydów. W Yad Vashem honoruje się Polki i Polaków, którzy okazali się w życiowej próbie wielcy; zaś wszelkiej maści szmalcownicy to typ osobnika, którego nikt przyzwoity nie chciałby spotkać na swojej drodze. Pamiętajmy i o pierwszych, i o drugich.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |