Megalomania

dodane 10.10.2017 09:30

Krzysztof Łęcki

Polska awansowała do finałów Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Euforia – i fajnie. Jest się z czego cieszyć. Ale dzisiejszy felieton, choć o piłce i euforii, nie będzie o wymarzonym i wypracowanym przez piłkarzy awansie. Będzie o megalomanii.

Megalomania   Roman Koszowskii /Foto Gość Krzysztof Łęcki

Parę lat przed wybuchem II wojny światowej jeden z klasyków polskiej socjologii – Jan Stanisław Bystroń napisał dziełko zatytułowane „megalomania narodowa”. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, ale polska megalomania z całą pewnością ciągle ma się dobrze. Na marginesie, polska megalomania ma się dobrze, podobnie jak polskie kompleksy, które niekiedy skrywa. O kompleksach polskich powiem kiedy indziej. Dzisiaj o megalomanii. Otóż przeczytałem w sobotnim wydaniu dziennika „Sport” laurki wypisywane pod adresem naszego najlepszego piłkarza – Roberta Lewandowskiego. Dla jasności wywodu: najwyższe pochwały się, rzecz jasna, Lewandowskiemu należą. Strzela bramki jak na zawołanie czy to w drużynie Bayern Monachium, czy to w reprezentacji Polski. Jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie – to nie ulega wątpliwości. Koszulki z jego nazwiskiem można kupić na całym świecie. Jest niemal wszędzie rozpoznawalną wizytówką naszego kraju. Czy ktoś taki może mieć powody do frustracji? No cóż – słyszałem kiedyś, że podobno najnieszczęśliwszym sportowcem na świecie jest zawodowy bokser będący wicemistrzem świata w wadze ciężkiej. Jest prawie mistrzem, ale prawie czyni różnicę – fundamentalną różnicę. Otóż nie jest to problem Roberta Lewandowskiego. Jest on piłkarzem ze ścisłej światowej czołówki, ale nie tylko nie jest wicemistrzem, ale nawet nie mieści się na podium. Dla przypomnienia – na pudle plebiscytu „Złotej Piłki” „France Football” zmieścili się kiedyś Kazimierz Deyna i Zbigniew Boniek. Przypominam o tym wszystkim, bo we wspomnianym już dzienniku „Sport” uderzył mnie ton tzw. wstępniaka zatytułowanego „Sfrustrowany i skuteczny”, poświęcony właśnie Lewandowskiemu. Autor wstępniaka, Andrzej Wasik, pisze, że „klasa i osiągnięcia [Lewandowskiego] w reprezentacji i Bayernie Monachium nie doczekały się należnego uznania”. I dalej Wasik biadoli „A wydawało się, że tak się stanie po tym, jak dwa sezony temu zajął czwarte miejsce w klasyfikacji na najlepszego piłkarza świata najbardziej prestiżowego plebiscytu >>Złota piłka<< /…/ stało się odwrotnie, bo w rok później sklasyfikowano go zaledwie na 16. miejscu. /…/ Lewandowski skomentował to na Twitterze słowami >>Le Cabaret<< i czterema emotikonami z rozbawioną twarzą. W rankingu [UEFA] po sezonie 2016/2017 był też daleko, bo dziewiąty”. Dobra, wystarczy żalów Wasika. A teraz fakty – Robert Lewandowski lat 29, to dwukrotny król strzelców Bundesligi, pięciokrotny mistrz Niemiec, dwukrotny zdobywca pucharu Niemiec, trzy razy zdobywał superpuchar Niemiec. W rozgrywkach pucharu Europy, bez zwycięstwa, największym osiągnięciem klubowym Lewandowskiego pozostaje udział w finale Ligi Mistrzów w sezonie 2012/2013, nigdy też, przynajmniej jak dotąd, nie zdobył Lewandowski „Złotego buta”, nagrody dla najlepszego strzelca lig europejskich. Teraz temat Lewandowski i reprezentacja Polski. Dwa razy odpada z drużyną w eliminacjach do finałów Mistrzostw Świata. W finałach Mistrzostw Europy – raz odpada w rozgrywkach grupowych, raz zalicza z drużyną ćwierćfinał. Dalej - został Lewandowski królem strzelców eliminacji, powtarzam, eliminacji do finałów ostatnich Mistrzostw Europy, ale już jego dorobek strzelecki w finałach jest więcej niż skromny – trafiał w nich do bramki zaledwie dwa razy. Tak, zaledwie dwa razy. Polskie media rozpisują się o wyścigu Lewandowski – Cristiano Ronaldo, który też może zostać królem strzelców kończących się właśnie eliminacji do Mistrzostw Świata w Rosji. I co? Lewandowski nie odpuścił w eliminacjach ani minuty meczu, nawet ze słabym rywalem. A Ronaldo? Ot, na przykład przesiedział na ławce rezerwowych połówkę meczu z Andorą, tak Andorą. Czyżby mu na tytule króla strzelców eliminacji nie zależało? Na to wychodzi. Dlaczego? Może dlatego, że król strzelców eliminacji to tytuł trochę dęty, tytuł, który mało kto zauważa, a już na pewno - mało kto o nim pamięta. Ronaldo wie, że tak naprawdę w tych rozgrywkach liczy się tylko strzeleckie królowanie w finałach Mistrzostw Świata. To wreszcie nazwiska finałowych królów przypomina się co cztery lata w mass-mediach. Tyle fakty. Nie pijar, nie wizerunek, ale fakty. Tak więc, co z tym Lewandowskim? Otóż trzeba przyznać, że jak na kogoś, kto jest sfrustrowany tym, że nie stoi na pudle przeznaczonym dla trzech najlepszych graczy na świecie dorobek ma niespecjalnie imponujący. Powtarzam raz jeszcze dla jasności – Robert Lewandowski jest graczem wybitnym, jednym z kilkunastu najlepszych dzisiaj piłkarzy na świecie. Ale może lepiej by jego frustracje zamiast pojawiać się w społecznościowych mediach, dały reprezentacji Polski i Bayernowi sukcesy większe niż ćwierćfinały europejskich rozgrywek – jak to ostatnio bywało. Wreszcie – ćwierćfinał międzynarodowych rozgrywek to tylko, tylko ćwierćfinał, dla kogoś, kto chciałby zająć miejsce na podium najlepszych piłkarzy świata. Tak, to tylko i zaledwie ćwierćfinał. Jak na najlepszego na świecie – stanowczo za mało.

 

 

 

 

 

 

«« | « | 1 | » | »»