Trolle

dodane 03.10.2017 09:30

Krzysztof Łęcki

W Norwegii przed malowniczą acz niebezpieczną „Drogą Trolli” (Trollstigveien) znajduje się żartobliwy znak drogowy ostrzegający: „Uwaga Trolle”. Acha te skandynawskie trolle, to takie, no powiedzmy krasnale, tyle, że wyróżniające się ogromnymi nosami, uznawane są za istoty niezbyt inteligentne.

Trolle   Roman Koszowskii /Foto Gość Krzysztof Łęcki

Kiedyś były pono złośliwe, ale dzisiaj są już oswojone. Trzeba tylko jak zapewniają niektórzy znawcy, wypić za ich zdrowie nieco alkoholu, a w rewanżu zapewnia dobrą, bezdeszczową pogodę, która w Norwegii regułą bynajmniej nie jest. Z innymi trollami, tymi internetowymi, niestety, tak łatwo nie jest. Oswoić ich nie sposób, najlepiej - ignorować. Zwykle wynajmuje się wyspecjalizowane firmy, by śmieci wywoziły, trolli wynajmuje się po to, by wirtualną przestrzeń zaśmiecały, zaśmiecały tak bardzo, jak tylko można. Kiedyś Stanisław Lem miał powiedzieć, że dopóki nie było Internetu, to nie podejrzewał, że jest aż tak wielu głupich ludzi. Czy rzeczywiście głupich? Oto – chciałoby się rzec – jest pytanie. Wszak znany aktor Jack Nicholson przekonywał, że jedną z zalet inteligencji jest to, że człowiek inteligentny może udawać głupka. Nie wiem czy Lem klasyk science-fiction zdążył odnotować fakt, że niektórzy są albo udawanymi głupkami czy może udawanymi chamami do wynajęcia, albo po prostu Internet do tego stopnia rozbudził pobyt na głupków i chamów, że całe gromady autentycznych głupków i chamów znalazło się w tej sytuacji, jak ryby w wodzie, wykorzystując jak się tylko da swoje naturalne głupie i chamskie nastawienie do świata. Popyt popytem – ale jest być może z obecnością internetowych trolli związany pewien paradoks. Jak rozumiem, mają oni symulować i jednocześnie propagować swoimi komentarzami pożądane przez mocodawców nastawienie opinii publicznej. Otóż przyznam, że nie mieści mi się w głowie, żeby prezentowany przez trolli poziom wulgarności, chamstwa i zwykłej głupoty mógł kogokolwiek przekonać do propagowanego przez nich stanowiska. W moim przypadku jest wręcz przeciwnie. Ale doprawdy nie chciałbym się mylić sądząc, że w tym wypadku moja postawa nie jest jednak zupełnie odosobniona. Idzie więc w przypadku zakontraktowanych trolli o to, by w najbardziej prymitywny sposób podtrzymać świadomość „żelaznych elektoratów” głównych opcji politycznych. No cóż, jeśli tak, to polityka to widać rzeczywistość tylko dla najbardziej odpornych na brudy wszelakie. Trzeba tylko mieć nadzieję, że część brudoodpornych polityków posiada jakieś inne, daj Boże, merytoryczne umiejętności. Co zresztą tacy zleceniodawcy myślą o odbiorcach produkowanego przez trolli językowego szlamu? Dobry Bóg raczy wiedzieć. Basil Bernstein znany socjolog języka wprowadził niegdyś rozróżnienie kodu wypracowanego i kodu ograniczonego. W skrócie: kod wypracowany charakteryzuje się między innymi: obecnością złożonych konstrukcji syntaktycznych, przejawami dystansu wobec własnej wypowiedzi, umiejętnością planowania dłuższych wypowiedzi, zróżnicowanym zasobem słownictwa, umiejętnością przechodzenia od abstrakcji do konkretu i odwrotnie; na używanie przez rozmówcę kodu ograniczonego wskazuje brak złożonych konstrukcji syntaktycznych, brak przejawu dystansu wobec własnej wypowiedzi, brak umiejętności planowania dłuższych wypowiedzi, niezróżnicowany zasób słownictwa, orientacja na powierzchniowe związki przyczynowe wychwytywane na podstawie asocjacji, a więc styczności w czasie i przestrzeni czy zależności instrumentalnych. Jak łatwo zauważyć internetowe trolle operują wyłącznie kodem ograniczonym. Ale, ale… Nie znudziłem Państwa? Dobrze, na koniec postaram się nadrobić akademicką pedanterię anegdotą ilustrującą inną niedoskonałość internetowej komunikacji – tyle że posiłkować się będę przykładem historycznym z życia najwyższych sfer. Otóż często, może coraz częściej, by sobie coś przekazać posługują się internauci gotowymi komunikatami, tak zwanymi memami. I właśnie w związku z tym skojarzyła mi się pewna stara anegdota. Oto jeden z królów Francji, znużony korespondencją z kochanką zlecił pisanie listów jednemu z dworzan, by sprawy nie komplikować powierzył tę misję temu, który doręczał miłosne liściki owej damie. Traf chciał, że po jakimś czasie na ten sam pomysł wpadła królewska kochanka. I w ten sposób autorem całej korespondencji został ów posłaniec-dworzanin.

 

«« | « | 1 | » | »»