Kościół, sala koncertowa, klub nocny...

dodane 12.09.2017 00:00

Krzysztof Łęcki

Tak się zdarzyło, że jakiś czas temu zobaczyłem w „Teatrze telewizji” świetną rzecz Paula Barza zatytułowaną „Kolacja na cztery ręce”.

Kościół, sala koncertowa, klub nocny...   Roman Koszowskii /Foto Gość Krzysztof Łęcki

Spektakl wyreżyserowany przez Kazimierza Kutza z doskonałymi kreacjami aktorskimi Romana Wilhelmiego i Janusza Gajosa opowiada historię wyimaginowanego spotkania dwu wielkich kompozytorów Georga Friedricha Händla i Jana Sebastiana Bacha. W czasie tej niezwykłej kolacji Bach skarży się Händlowi, że zagrana w kościele św. Tomasza „Pasja według św. Mateusza” została skrytykowana przez jednego z zjechana jako utwór nadający się do opery, ale nie do kościoła. Tak, dwie przestrzenie operowa i kościelna są w tym kontekście nie tylko wyraźnie od siebie oddzielone, ale ta druga – kościelna postawiona jest jednoznacznie wyżej niż operowa.

Nasze czasy znacząco zmieniły tę sytuację. I oglądając teatralny spektakl przypomniałem sobie, że w czasie tegorocznych świąt wielkanocnych zaproszono mnie z żoną właśnie na „Pasję według św. Mateusza” – mieliśmy okazję jej wysłuchać w jednym z niemieckich kościołów. Okazało się jednak, że to świątynia już tylko z nazwy, w rzeczywistości to miejsce gdzie od czasu do czasu chadza się na koncerty tzw. muzyki poważnej. Na marginesie. Przyznać trzeba publiczność dopisała, wolnych miejsc nie było. Tyle, że wśród słuchaczy dominowali ludzie starsi i bardzo starsi, zaś w nielicznej garstce młodych dominowali skośnoocy Azjaci. No cóż, powiedzieć - wreszcie to tylko Bach, wreszcie to tylko „Pasja według św. Mateusza”… I spektakl Barza, i wysłuchana w szczególnych okolicznościach Pasja przywołała w mojej pamięci jeszcze jeden obraz – obraz świątyni w małym, pięknym portugalskim miasteczku Óbidos – tam znowu jeden kościołów zamieniono na księgarnię.

Całkiem gustowną zresztą... Tak tu Państwa karmię dzisiaj wspomnieniami i skojarzeniami, ale powód, dla którego poruszam temat wagi kulturowej świątyń i ich współczesnej specyficznej rewitalizacji jest nieco inny. Otóż przeczytałem w „Gościu Niedzielnym” artykuł Jakuba Jałowiczora „Basen w nawie głównej” już w czołówce można było przeczytać o tym, jak to rząd Holandii dopłaca do adaptacji kościoła na salę koncertową, a w innych miastach w dawnych świątyniach działają nawet kluby nocne… Do lektury ciekawego artykułu zachęcam, ale moja refleksja, choć zbliżona, choć pokrewna, idzie jednak nieco inną drogą. Otóż, jak sądzę, od świątyni przerobionej na salę koncertową, w której wysłuchać można genialnego dzieła Jana Sebastiana Bacha do kościoła przerobionego na klub nocny nie jest aż tak daleko jak mogłoby się zdawać.

To droga od desakralizacji do profanacji – którą dzisiejsze czasy pokonują w wersji soft, miękkiej, łagodnej. Ktoś powie nie bez racji - bywało gorzej. Rzeczywiście. George Orwell wspomina w „Hołdzie dla Katalonii”, jak to w opiewanej przez postępowych intelektualistów i artystów wojnie domowej w Hiszpanii - „większość kościołów [była] zniszczona pożarem, a figury świętych w zgliszczach. W wielu miejscach kościoły demolowane były przez brygady robotnicze”. Tak, demolowanie kościołów to stara postępowa tradycja i to od jej rewolucyjnych początków. Wystarczy chociażby zajrzeć do niedawno wydanej książki François Souchala poświęconej wandalizmowi Rewolucji Francuskiej, żeby zobaczyć inną, potworną twarz postępu. Co nie dziwota, że i sam chorąży postępu Stalin miał pomysł na rewitalizowanie świątyń chrześcijańskich. Najgłośniejszy z nich to zburzenie w 1931 największego obiektu sakralnego Moskwy Świątyni Chrystusa Zbawiciela, by w tym właśnie, dokładnie w tym miejscu wybudować… Pałac Sowietów.

Tak stawianie w miejscu burzonych świątyń – pałaców i komitetów Nowej Wiary, to niemal reguła. Można bezcześcić miejsce po zburzonych kościołach, można profanować niezburzone jeszcze ich wnętrza. Czy będzie to „basen w nawie głównej” świątyni czy, jak ostatnio w Holandii kręcony w kościele film pornograficzny. Przypomina mi się – i to już ostatnie dzisiaj wspomnienie – początek filmu Luisa Bunuela „Widmo wolności”, kiedy to pijane rewolucyjne żołdactwo na wszystkie znane sobie sposoby profanuje w kościele wszystko co tylko można. Acha, wydany przed paru laty przez Wydawnictwo Księgarnia św. Jacka zbiór moich felietonów czytanych w radiu eM nieprzypadkowo nosi tytuł „Widma wolności”.

12.09.2017

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |