Kierunek: gdziekolwiek

dodane 01.04.2015 00:00

Aleksandra Pietryga

Gość Katowicki 14/2015 |

Kiedy mama bała się o niego, jego przyjaciel pocieszał ją, że muzułmanie mają nakaz szanowania dwóch typów ludzi: pielgrzymów i wariatów...

Kierunek: gdziekolwiek   Archiwum prywatne Uświadomiłem sobie, że nie ma miejsca na świecie, do którego nie mógłbym dotrzeć, gdybym tylko chciał – mówi Michał Piec

Świat powoli staje się dla niego ciasny. Michał Piec w ciągu kilku lat odwiedził ponad 60 krajów. Pieszo, na rowerze, autostopem, tanimi liniami lotniczymi. Na jego osobistej mapie znalazły się Europa, Azja, Ameryka Południowa, odrobina Afryki.

Urodził się z wrodzoną wadą serca. Kiedy miał trzy lata, przeszedł poważną operację. Lekarze zakazali jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Przez całe dzieciństwo zamiast kopać z chłopakami piłkę, grał... w szachy. Czuł, że to nie jest jego świat. Niespokojny duch rwał się na wolność.

Kiedyś ciocia podarowała mu serię książek Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego. To był zwrot. Postanowił, że tak czy siak dotrze na koniec świata. – Po latach trafiłem do miejsca, które jest nazywane „końcem świata”, czyli na Ziemię Ognistą, archipelag na południowym wybrzeżu Ameryki Południowej – opowiada Michał. – Znalazłem się w miejscowości Ushuaia, która jest najbardziej na południe wysuniętym miastem świata. To było największe rozczarowanie – śmieje się. – „Koniec świata” wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. A tu pełno turystów! Tylu rowerzystów, ilu tam się nagromadziło, nie spotkałem w całej w Ameryce Południowej.

Przełomowa podróż to Camino de Santiago, tuż po maturze. Wybierał się z kolegą, ale w ostatniej chwili kumpel zrezygnował. Poszedł sam. Po raz pierwszy w życiu pojechał autostopem na koniec Francji i od tego miejsca zaczął swoje samotne Camino. – Tylko, że trudno w tym kontekście mówić o samotności. Tyle osób wędruje tym szlakiem, że przez cały czas idzie się z kimś. Potem przyszedł czas na Wieczne Miasto. Poszliśmy do Rzymu z dwójką przyjaciół. To miała być pielgrzymka. Nieśliśmy krzyż, który z dnia na dzień był coraz cięższy... Niesamowity czas. Kiedyś głupio było mi się przeżegnać przed kościołem, a przez to, że 40 dni z krzyżem w ręce manifestowaliśmy swoją wiarę, przestałem się wstydzić. Uodporniłem na drwiny, w ogóle mnie to nie rusza. W zasadzie w drodze sami prowokowaliśmy rozmowy o Bogu. Owszem, spotkaliśmy się też z agresją. Ludzie zaczepiali nas, coś krzyczeli z samochodów, szturchali czy wręcz pluli. Ale były też inne sytuacje. Ktoś jechał drogą, zatrzymał się i uklęknął przed tym naszym krzyżem...

Podróże stawały się coraz bardziej ekstremalne. Michał złapał wiatr w żagle. – Z kolegą poznanym w internecie pojechaliśmy rowerami do Ziemi Świętej. Jechaliśmy między innymi przez Węgry, płaskie jak patelnia. Był potworny upał, powoli kończyła nam się woda. Dookoła pusto, ale w końcu dojeżdżamy do jakiegoś domu. Na podwórku leży mężczyzna, który spadł z wózka inwalidzkiego. Obok starsza kobiecina próbuje go podnieść, ale ewidentnie nie daje rady. Nie wiadomo, jak długo już się z nim szarpie, bo on taki ciężki i bezwładny. Posadziliśmy go z powrotem na tym wózku. Choćby dla tego jednego momentu warto było wyruszyć w drogę. Wodę dostaliśmy...

Jak po maśle

Bakcyl został połknięty. Kolejne wypady kuszą coraz bardziej. Ale to kosztuje. Michał studiuje ekonomię, a praktykę odbywa w drodze. Wyspecjalizował się w sztuce taniego podróżowania. Do Szwecji poleciał samolotem, tam i z powrotem za 12 zł. – Zabraliśmy z kumplem ze sobą skompresowane kanapki pochowane po kieszeniach, zupki chińskie przedziurkowane szpilką – wspomina. – Na miejscu jeździliśmy autostopem, nocowaliśmy na dziko i nie wydaliśmy ani grosza w ciągu 4 dni. Z dalszych podróży najtaniej wyszła Japonia. Udało mi się znaleźć bilety za 281 zł. Na miejscu byłem 8 dni, poruszałem się transportem kombinowanym, nocowałem w różnych miejscach, między innymi w toalecie damskiej...

Potrafi, nawet przez miesiąc, żyć za mniej niż dolara dziennie. Czyli poniżej granicy ubóstwa ustalonej przez Bank Światowy. Zdaje sobie sprawę, że tak żyją miliony ludzi na całym świecie. Zobaczył to na własne oczy. Śpi, gdzie popadnie: w rurze zjeżdżalni na placu zabaw, pod mostem w Sankt Petersburgu, w szpitalu na Syberii, w szatni sędziów piłkarskich, na trybunie piłkarskiej, na polu golfowym, na przystankach autobusowych, w pustostanach, w schronisku dla bezdomnych. Korzysta z pomocy tubylców, siada z nimi do stołu, jada, czym go poczęstują. W Kambodży zjadł mocno mięsistego pająka.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| GOŚĆ KATOWICKI

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |