Benedyktynki biją Guinnesa

dodane 02.04.2015 00:15

Mariusz Majewski


GN 14/2015 |

Siedem sióstr klauzurowych z Jarosławia pokazuje, że nie trzeba bać się śmiałych planów apostolskich, 
nawet przy lichych środkach. Teraz prowadzą 
kolejną akcję. Cel: Mikołajkowe przedszkole.


Benedyktynki biją Guinnesa   henryk przodziono /foto gość – Na stronie Zrób1MałyKrok.pl 
każdy może zrobić jeden mały krok, wpłacając choćby złotówkę
 – mówi s. Barbara Dendor

Siostry całkiem spokojnie mogą parafrazować znane żartobliwe powiedzenie o dzieciach i powtarzać, że mały zabytek to mały kłopot, a duży zabytek – duży kłopot. Klasztor mniszek benedyktynek w Jarosławiu został ufundowany w 1611 r. jako pierwszy żeński klasztor w diecezji przemyskiej. Przez kilka wieków przeszedł burzliwe dzieje. W 1782 roku opactwo zostało skasowane. Kościół zamieniono w magazyn, a klasztor w koszary armii austriackiej. W okresie międzywojennym stacjonowało tu wojsko polskie. W czasie II wojny światowej Niemcy zespół starych budynków zamienili na stajnie, magazyny i więzienie, a w 1944 r., wycofując się, podpalili opactwo. Na szczęście klasztor nie spłonął. Po wojnie swoją siedzibę w zabytkowym opactwie miały m.in. szkoła budownictwa i kombinat rolniczo-przemysłowy. W marcu 1990 r. opactwo przekazano pierwotnym mieszkankom. Siostry nie podołałyby z zarządzaniem wielkim terenem. 4 lata później całość przejęła więc archidiecezja przemyska. Utworzyła tutaj działający nadal Ośrodek Kultury i Formacji Chrześcijańskiej. 


Mikołajkowe przedszkole


– Nie traktujemy tego miejsca jako ściśle naszej własności. Mieszkamy tutaj, modlimy się, ale chcemy, żeby służyło ludziom. Jako mniszki nie możemy podejmować prac poza murami klasztoru. Nasze apostolstwo staramy się pełnić wewnątrz opactwa – opowiada s. Barbara Dendor, przełożona niewielkiej zakonnej wspólnoty benedyktynek. Trzeba przyznać, że idzie im całkiem nieźle. Na przestrzeni kilku ostatnich lat remontują już czwarty budynek. Nie tak dawno oddały do użytku gościnne pokoje. Ludzie przyjeżdżają na rekolekcje albo na wypoczynek. Teraz buduje się przedszkole, które pomieści 70 dzieci. Żeby się udało, potrzeba ok. 5 mln złotych. 
– Wobec zawirowań wokół edukacji placówki katolickie, nastawione na przekaz konkretnych wartości, cieszą się dużą popularnością – tłumaczy s. Barbara. Siostra przełożona przytacza też Regułę św. Benedykta, podkreślając, że przedszkole to coś w rodzaju powrotu do pierwotnych ideałów benedyktynów, którzy od początku podejmowali działalność edukacyjną. 
Kilka kroków od budynku, w którym mieszkają siostry, przechodzimy przez bramę. Żółta tabliczka ostrzega i informuje, że wkraczamy na teren budowy. Za drzewami widać stary, zniszczony budynek, kiedyś pełniący funkcję kapelanówki, oraz ciągnący się za nim czerwony mur, okalający całe opactwo. Obok wali się piękna niegdyś baszta. Ten widok to namiastka ruiny, jaką zastały siostry, wracając za ten mur po przeszło 200 latach nieobecności. Siostra Barbara opowiada, że kilka razy usłyszała już komentarze dotyczące inwestycji. Wszystkie sprowadzają się do przekazu, że za takie pieniądze można wybudować kilka przedszkoli. Niuanse z tym związane tłumaczy Monika Broszko, która opiekuje się zabytkowym opactwem od strony archeologicznej. – Cały czas musimy pamiętać, że mówimy o cennym zabytku. Jedną ze ścian starej kapelanówki jest zabytkowy zewnętrzny XVII-wieczny mur. Żeby móc prowadzić poważniejsze prace remontowo-budowlane, trzeba najpierw zająć się tym murem. Izolacja, którą trzeba wykonać, musi sięgać 6 m w głąb. To wszystko pokazuje skalę inwestycji i związane z nią koszty – mówi M. Broszko. A siostra dodaje, że w planach jest nie tylko gruntowny remont stojącego budynku, ale też dobudowanie drugiej części. Do tego konieczna przedszkolna infrastruktura z placem zabaw na czele. 
Pracy jest mnóstwo, dlatego siostry są świadome, że trzeba działać powoli i systematycznie. Zaczęły jesienią. Pod przyszłe przedszkole trzeba było podciągnąć nowe instalacje wodociągowe i gazowe. Od trzech tygodni wokół kapelanówki uwijają się pracownicy, którzy porządkują teren i przygotowują go do dalszych prac. – Brak słów, czego w tym budynku nie było – śmieje się s. Barbara. – Przez ostatnie 50 lat służył jako rupieciarnia. Wszystko, co zbędne, trafiało tutaj – tłumaczy. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Przeczytaj komentarze | 1 | Dodaj swój komentarz »


Ostatnie komentarze:

Plusów: 0 ciekawy 30.04.2015 12:06
Niezalogowany użytkownik Dlaczego one go biją. Musiał biedak nieźle narozrabiać :))

wszystkie komentarze >