Spod krzyża do zmartwychwstania. Maria Magdalena

dodane 02.04.2015 00:15

ks. Tomasz Jaklewicz

GN 14/2015 |

Pokochałam Go nad życie. I w Nim odnalazłam to, czego zawsze szukałam. Miłość. Nie wstydzę się o tym mówić. Kiedy skonał, przytuliłam się do krzyża. Nie chciałam pozwolić, by umarł. A potem stało się coś… Nie umiem o tym mówić. Apostołowie mnie wyśmiali. Boję się, że też tak zrobicie.

Spod krzyża do zmartwychwstania. Maria Magdalena   reprodukcja pitts theology library

Ewangeliści byli bardzo taktowni. Napisali o mnie, że Pan uwolnił mnie od siedmiu złych duchów. Inni potem mówili o mnie przeróżne rzeczy. Opowiadali, że byłam prostytutką… Jak naprawdę było? Nie chcę do tego wracać. Siedem to cyfra oznaczająca pełnię, siedem to także liczba grzechów głównych. Niech to wystarczy. Poznałam dobrze, czym jest zło. Ale moja opowieść jest nade wszystko historią miłości, która leczy, przebacza, ocala, daje życie. Wiem na pewno, że bez Jezusa skończyłabym na dnie. Był pierwszym mężczyzną, który patrzył na mnie bez pożądania. To nie znaczy wcale, że nie czułam się przy Nim piękna, kobieca. Przeciwnie. Jego spojrzenie przywróciło mi poczucie wartości. On wydobywał ze mnie ukryte dobro, uwolnił od tej przeklętej konieczności potwierdzania swojej wartości byle jak, z byle kim, za każdą cenę. Pokochałam Go całym sercem. To dziwne, ale nie chciałam Go mieć tylko dla siebie. Czułam, że obdarza mnie jakimś wyjątkowym uczuciem. Ale nie byłam zazdrosna. Nigdy. Widziałam wiele razy, z jaką czułością i miłością zwraca się do innych. To sprawiało mi radość. Czułam nawet więź z tymi wszystkimi ludźmi, uzdrowionymi, nawróconymi… Jakby wchodzili do mojej rodziny. Kobiety po przejściach i mężczyźni z przeszłością. Po moim uwolnieniu chodziłam za Nim wszędzie. Było nas więcej kobiet podążających za Chrystusem. Nie, nie miałam pretensji, że apostołowie uchodzą za ważniejszych. Ja byłam pewna swojej i Jego miłości. Czułam się bezpieczna, ceniona, potrzebna. Czego mogłam chcieć więcej? Śmiali się ze mnie, że jestem „Piotr w spódnicy”, apostołka… Niech im będzie. Nasza kobieca wspólnota sprawdziła się w godzinie próby. Byłyśmy pod krzyżem razem z Maryją, aż do końca. Podziwiałam Jego Matkę. Stała wyprostowana jak świeca, Jan ją podtrzymywał. Po policzkach płynęły łzy, ale ani słowa skargi. Ja nie wytrzymałam. Widok Jego cierpień był nie do wytrzymania. Marzyłam, by umyć z tej krwi ukochane ciało, zalać oliwą rany, wycałować… Kiedy skonał, przytuliłam się do Jego przebitych stóp. Czułam, jak krew kapała na moje włosy, twarz.

Było mi wszystko jedno. Chciałam koniecznie obmyć Jego ciało. Nie pozwolili. Już szabat się zaczynał. Owinęli więc Go tylko całunem i włożyli do grobu. Śledziłam dokładnie wszystko. Wiedziałam, że jak tylko minie szabat, wrócę w to miejsce, aby dokończyć pogrzebu. Chciałam zobaczyć Go jeszcze raz, ostatni raz. Kobiety naniosły tyle olejków i wonności, że mogłybyśmy namaścić pół cmentarza. A potem… Stało się coś, o czym nie potrafię opowiedzieć. Jednego byłam absolutnie pewna. Grób był pusty. Nie może być mowy o pomyłce. Ja i inne kobiety wszystko dokładnie sprawdziłyśmy. Wykradli ciało – to była pierwsza myśl. Gdzie Go położyli ci bandyci?! Nawet po śmierci nie dadzą mu spokoju. Nasz szloch niósł się o poranku na całą Jerozolimę. Podeszło do nas dwóch dziwnych przystojniaków. Wyglądali jak tajniacy. Mówili, że nie mamy Go tutaj szukać, że On już jest gdzie indziej, że cmentarz już nie dla Niego. I wtedy chyba padło po raz pierwszy: „powstał z martwych”. Nie pamiętam dobrze kolejności zdarzeń. Poleciałam jak wariatka do Piotra, krzyczałam, że pusty grób, że Go nie ma, że jacyś goście mówią, że powstał. Patrzył na mnie jak na histeryczkę, której pomieszało się w głowie. Jan nie wytrzymał, poleciał do grobu, Piotr też w końcu doczłapał. Z początku bałam się wejść do środka, ale w końcu weszłam. Co tu się stało? A potem Go zobaczyłam. Myślałam, że to jakiś ogrodnik. To był On… Mój ukochany rabbi. Rozpoznałam Go, kiedy wymówił moje imię. Chciałam rzucić Mu się na szyję, przytulić, ale On delikatnie mnie powstrzymał. Mówił, że musi najpierw wstąpić do Ojca… Tak, On żyje, widziałam Go, uwierzcie mi. To nie halucynacja. Wiem, że On zawsze jest ze mną, żyje we mnie. Jego miłość mnie ogrzewa, dodaje siły. Nie boję się niczego, nawet śmierci. On mnie ochroni.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |